Ten pierwszy raz... - Dreadfleet PDF Drukuj Email
Wpisany przez Danny   
czwartek, 05 stycznia 2012 23:22

Czas na pewną nowość w cyklu, a mianowicie na testowanie gry planszowej. Wiem, że niby TPR miał dotyczyć głównie bitewniaków, ale pozwolę sobie użyć tego „głównie”, by wprowadzić lekkie urozmaicenie diety. Przedstawiam moje wrażenia ze starcia z Dreadfleet ze stajni GW.

 

Setting

Warstwa fabularna gry siedzi w świecie Warhammera Fantasy Battles. Jeżeli jednak spodziewaliście się sławnych nazwisk, to przeżyjecie dość poważny zawód. Moim zdaniem nawet lepiej, że tak się stało - i tak zbyt wielu znanych bohaterów danych ras pojawia się nawet w wychodkach. Głównymi postaciami dramatu są Hrabia Noctilus (niezwykle kreatywne miano wskazuje wyraźnie, że jest on wampirem – bo jest) oraz kapitan Jaego Roth, człowiek z krwi i kości. Panowie pożarli się o to, że truposze Noctilusa, wraz z mrocznymi sprzymierzeńcami, panoszą się po morzach i oceanach łupiąc i mordując co i kogo popadnie. Szanujący się pirat, jakim jest Roth, uznał to za ujmę na honorze i postanowił ukrócić proceder, skrzykując do pomocy szeroko rozumiane siły Dobra. Czyli jakieś wprowadzenie jest, ale ma charakter raczej pretekstu do walk morskich i przy tym będę obstawał.

Pudełko i zawartość

Pudełko to solidny karton znany z innych planszówek GW, z równie typową grafiką. Stanowczo nic ciekawego. Wnętrze to inna bajka. 10 statków, masa terenów i rozmaitych pierdółek potrzebnych do gry. Bo tak, to game in a box, żadnych innych rzeczy nie trzeba kupować. W końcu edycja kolekcjonerska, limitowany nakład (wydano to już jakiś czas temu, ale rzecz jasna zalega na półkach) – zupełnie jak nowy Space Hulk.

Instrukcja do gry to także standard, do którego przyzwyczaiło nas GW. Na dość błyszczących (co moim zdaniem jest sporą wadą) stronach znajdziemy jasno i klarownie opisane zasady i masę zdjęć pomalowanych modeli, terenów i ogólnie tego, co można zrobić z zakupionym zestawem. Ładny cukierek dla oka, zwłaszcza, że zawartość pozwoli się niejednej osobie wyszaleć.

Plastiki to miodzio. Można nie lubić stylu GW, ale ja akurat mam do niego jakąś zadawnioną słabość, mimo że akurat w tym wypadku bliżej modelom do „nowego-nowego” stylu niż tego z okolic 6 edycji. Rzecz jasna są czaszki, co nie zmienia faktu, że zarówno tereny, jak i same statki cieszą oczy.

W pudle jest także cała masa innego, przydatnego śmiecia, jak znaczniki, karty, miarka, kątownik i mata do gry. I o ile wszystko wydaje się działać bez zarzutu, to już po chwili mata zaczyna być uciążliwa. Zwija się, zagina i generalnie zachowuje, jak przystało na kawałek materiału położony na dowolnej powierzchni. Podejrzewam, że gorzej by było tylko, jakby GW postanowiło zrobić ją z jedwabiu, ale wtedy wolałbym już nie poznawać ceny, serce mogłoby nie wytrzymać.

Zasady i gra

Szkielet zasad jest łatwy do załapania już przy pierwszym podejściu i dość pobieżnej lekturze. Poświęcić na nią trochę więcej czasu i można uczyć innych. Najważniejsze jednak są karty, dużo kart, oraz kości, co wprowadza dość charakterystyczny rys losowy.

Gra przeznaczona jest dla dwóch graczy, ale że statków jest dziesięć, to i tylu uczestników można upchnąć. Tura podzielona jest na wiele faz. Wszystko zaczyna się od sprawdzenia, co tam się zmieniło pod wpływem leżących już na stole kart. Następnym krokiem jest ciągnięcie karty Losu, która może straszliwie namieszać. W tej fazie zmienia się także wiatr, który ma wpływ na ruch jednostek pływających. Należy dodać, że wiatr jest bardziej zmienny niż potrzeby kulinarne ciężarnej kobiety.

Nadchodzi wreszcie upragniony moment wykonania jakiejś akcji. Tu ciekawostka, naprzemienna aktywacja – po modelu na stronę. Ot, miły akcent. Zacząć należy od wydania rozkazu w stylu naprawy (zdjęcie jednej z kart uszkodzeń), narzucenia większego tempa przemieszczania się, czy przejście w tryb czuwania, co pozwala na pewnego rodzaju odpowiadanie na zachowanie przeciwnika (strzelanie w jego turze). A żeby wydać rozkaz, należy zdać test dowodzenia.

Ruch to żadna rewelacja, trzeba brać pod uwagę wiatr i ograniczenia techniczne danego okrętu. Płyńmy dalej.

Może się okazać, że w wyniku naszego ruchu wpłynęliśmy w statek przeciwnika. Oprócz taranowania dochodzi do abordażu i walki załóg oraz kapitanów. Nim jednak przejdę do opisu rzucania się sobie do gardeł, trzeba wspomnieć o czymś, co najbardziej działa na wyobraźnię – salwy armatnie.

W wyniku ostrzału można komuś zerwać takielunek, ubić trochę załogi albo uszkodzić mniej lub bardziej kadłub. Jeżeli myślicie, że możecie ot tak po prostu załadować kartacze bądź kule z łańcuchami to jesteście w olbrzymim błędzie. To, co zostało uszkodzone (oczywiście w wyniku kolejnych zdanych rzutów), generowane jest losowo z talii uszkodzeń. Co więcej, może się okazać, że statek otrzymał obrażenie krytyczne. Więcej całkowicie losowej zabawy!

Dochodzimy jednak do momentu zwarcia się jednostek. Wszystko (ponownie) opiera się na rzutach, bardzo uproszczonych, bo zasadnicza zabawa opiera się na jednoczesnym rzucaniu i porównaniu liczby sukcesów. Żeby było śmieszniej, wszystkie rany zadane w trakcie walk na pokładzie także ciągnięte są z puli kart obrażeń. Do tego dochodzi jeszcze pojedynek kapitanów, posiadających własne statystyki i umiejętności specjalne.

Co się stanie w przypadku większej ilości obrażeń? W przypadku zgonu kapitana stery przejmuje pierwszy, ale rzecz jasna jest mniej kompetentny, oficer, co odbija się negatywnie na rzutach opartych na zdolnościach przywódczych. Kolejne zejścia załogi odbijają się na strzelaniu i walce wręcz (ale to akurat można naprawić), natomiast okręty posiadają już ograniczoną wytrzymałość. Nie oznacza to, że padają jak muchy – uszkodzenia można reperować, poza tym uszkodzenia kadłuba to tylko część rzeczy jakie można zgromadzić – w grę wchodzi olbrzymia ilość oberwanych sterów, porwanych żagli, etc. (też do naprawy). Innymi słowy można tłuc się do upadłego bez większych rezultatów, ale można też dostać absurdalnie śmieszne uszkodzenia specjalne i zatonąć błyskawicznie. Dokładnie tak, jak to się zwykło zdarzać moim okrętom.

Epilog

Jeżeli miałbym się bawić w jakieś podsumowanie, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że dobrze się bawiłem. Proste zasady, spora losowość, ładne modele. Nadmiar elementów losowych może irytować i uniemożliwiać stosowanie bardziej wymyślnej taktyki, ale moim zdaniem to nie jest gra taktyczna. Tu chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę, którą można otrzymać nawet grając, tak jak ja, w wersję waniliową, bez scenariuszy i wszystkich potworów, wysepek i zasad specjalnych. Wtedy da się zamknąć rozgrywkę w pół godziny. Większe urozmaicenie powinno dość dramatycznie rozciągnąć grę, ale to chyba nie jest straszliwy problem.

Utwór „Broadside” Kapitana Dana i jego Szkorbutowej Załogi wykorzystany bez pozwolenia, bez roszczenia sobie jakichkolwiek praw. Jeśli się Wam spodobał, zajrzyjcie na stronę grupy.

Komentarze
Dodaj nowy
DE 2012-01-06 11:02:35

Male sprostowanie - Roth ma konkretny powod, zeby dorwac Noctilusa - wampir zabil mu ojca. Dzieki artefaktom od niego otrzymanym, Rothowi udaje sie odnalezc kryjowke Noctilusa. Pozostali czlonkowie Grand Alliance tez maja swoje powody, zeby rozprawic sie z Noctilusem.

Natomiast co do samej gry to mylslaem o tym, zeby ja kupic, ale doszedlem do wniosku, ze nigdy w zyciu nie bedzie mi sie chcialo malowac tych 10 statkow + scenerii + akcesoriow. A sama gra mnie nie interesuje, bo zabiera za duzo miejsca i jest zbyt losowa.

Jesli kogos interesuja modele, to DF mozna kupic juz za jakies 250 zl, jesli dobrze sie rozejrzec. DF to nie Space Hulk, ceny beda isc w dol, a nie w gore

Troche mnie rozbawilo ostatnie zdanie twojej recenzji. Czy polecilbys komukolwiek z reka na sercu gre za 350 zl (cena oficjalna), w ktora zagralby raz na 3 miesiace, zapewne maksimum 10 razy (oceniajac DF jako gre, a nie zestaw plastikowych modeli)? Ja bym sie nie odwazyl

Ponadto jak na tak droga gre "lekkosc" rozgrywki to spora wada. Za te cene ja bym jednak oczekiwal czegos, co mi wystarczy na lata, czegos, przy czym ostro bede wysilac mozgownice. Dla lekkiej rozgrywki wolalbym zainwestowac w taki Talizman, "nieco" tanszy niz DF... Albo chociaz w Space Hulka, ktory do tego byl o 1/7 tanszy.

Jednak najwieksza wada DF jest moim zdaniem jego najwieksza zaleta. Modele. Ich zlozenie i pomalowanie wymaga niezlych umiejetnosci hobbysty siedzacego w bitewniakach. Nie do konca wyobrazam sobie przecietnego planszowkowca wycinajacego elementy z ramek nozykiem, a potem sklejajacego je SG i grajacego szarymi plastikami. Jak na gre za 350 zl to malo to efektowne. Inne gry zawieraja moze i mniej figurek, ale za to pomalowane. Z kolei bitewniakowcy beda mieli dodatkowe 10 duzych modeli do pomalowania... ktorych nigdy nie pomaluja, bo nie pasuja do zadnej innej gry, wiec szkoda czasu, sa wazniejsze figurki do dokonczenia.

Ja sam nie wiem, kto niby mial byc targetem tej gry - ani ona nie jest dla planszowkocow (za droga, zabiera za duzo miejsca, zbyt wymagajaca pod wzgledem modelarskim), ani dla bitewniakowcow (za prosta i losowa, nie mozna rozbudowywac, modele nie nadaja sie do innych gier). Trafna odpowiedzia na to pytanie jest chyba jedynie - DF jest dla fanow Game Workshop, ktorzy kupia wszystko, co ta firma wyda, a juz limitke...! Cos jak fani Rackhama zadluzajacy sie dla figurek od Legacy
Iesthir 2012-01-07 18:01:37

Nie przeczytałem i nie przeczytam, dopóki ktoś do tego bloku tekstu aspirującego do miana artykułu nie wprowadzi chociaż minimum edycji, takiej jak podział na sensowne paragrafy
Sarmor 2012-01-06 22:07:21

Artykuł stał się blokiem tekstu ze względu na przejściowe problemy techniczne, za które przepraszamy. Już wszystko powinno działać.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Tytuł:
:D:):(:0:shock::confused:8):lol::x:P:oops::cry::evil::twisted::roll::wink::!::?::idea::arrow:
Proszę wpisać kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved."

Poprawiony: sobota, 07 stycznia 2012 14:03
 

Uwaga! Używasz przeglądarki Internet Explorer 6!


Czy to źle?

Ogólnie rzecz biorąc tak. Internet Explorer 6 to przeglądarka archaiczna, producent jej nie aktualizuje, a jej działanie jest mocno kontrowersyjne. Wiele stron wykorzystuje techniki, których IE 6 ze względu na swój wiek nie obsługuje - jak choćby przezroczyste rogi w tej ramce.

Co mogę zrobić?

Najlepiej by było zaktualizować przeglądarkę na nowszą:

  • Internet Explorer 9 - aktualna wersja Internet Explorera, wspierana przez twórców.
  • Firefox - w pełni darmowa przeglądarka z automatycznymi aktualizacjami, wspierająca wszystkie obecne standardy. Obsługuje wiele dodatków, które poszerzaja jej i tak duże możliwości.
  • Opera - również w pełni darmowa, jej główną zaletą jet bardzo szybkie i bezawaryjne działanie i bardzo ciekawy wygląd.
  • Google Chrome - nowa przeglądarka internetowa wydana przez Google. Dużo opcji personalizacji, współpraca z usługami google.