|
Strona 1 z 8 Zachęcam do przeczytania poniższego tekstu, będącego pierwszym artykułem z (mam nadzieję długiego i bogatego) cyklu Gralnia Wuja Dona, w którym zamierzam, z właściwą sobie rozwiązłością (osoby, które chociaż raz użyły na jakimkolwiek forum internetowym sformułowania „Ojejku, ale długi post, nie chce mi się czytać” są proszone o opuszczenie sali) przedstawić szerokiej publiczności moje ulubione gry karciane, planszowe, bitewne, wojenne, komputerowe oraz wszelakie inne, w formie relacji/recenzji/opisu/eseju/strumienia świadomości. Głównym celem tego cyklu jest budowanie ‘świadomości growej’, poszerzanie horyzontów graczy i zwrócenie uwagi na moim zdaniem wartościowe tytuły, które niejednokrotnie giną zaszufladkowane jako ‘gry niszowe’ i zagrzebane przez tzw. ‘gry mainstreamowe’.
A poza tym pisanie o grach po prostu sprawia mi przyjemność.
Zapraszam do lektury. Dziś szef kuchni poleca Monsterpocalypse, a konkretniej najnowszy produkt tej serii, czyli dwuosobowy starter.
Olbrzymia szczypcoręka bestia zdawała się być otumaniona gradem ciosów zadanych szponiastymi łapami demona. Pożeracz Planet zrobił krok w tył i potrząsnął ogromnym łbem. Zaraz potem w całym mieście słychać było jego ogłuszający, nienaturalny okrzyk. Bestia z głębin kosmosu rozpędziła się i natarła na przeciwnika. Sześćdziesięciometrowy skrzydlaty bies, bezimienne stworzenie z innego wymiaru, zachwiał się pod siłą ciosu i stracił równowagę. Runął w tył, wprost w jeden z biurowców ekskluzywnej dzielnicy. Wstrząs tego uderzenia można było odczuć nawet na drugim końcu metropolii. Budynek rozpadł się niczym konstrukcja z dziecięcych klocków, a fragmenty elewacji poszybowały w dół na ogarnięte pożogą ulice, gdzie mniejsze, przypominające ślimaki demony ścierały się ze srebrzystymi, gąsienicowatymi wysłannikami Pożeraczy Planet, wijąc się i unikając ciężkich kroków swoich panów. Tłumy przerażonych mieszkańców w desperacji próbowały znaleźć drogę ucieczki przed tą potworną apokalipsą. Potworopokalipsą.
|